Podziel się z innymi
Trzy na dziesięciu dorosłych Amerykanów przynajmniej raz w roku sięga po horoskop, tarota albo radę wróżki, jak wynika z zeszłorocznego sondażu Pew Research Center (2025). W Polsce niemal połowa czytuje horoskopy, a co siódma osoba choć raz odwiedziła wróżkę, pokazuje sondaż CBOS (Dziwulska, 2018).
Dzieje się to w czasach, gdy dostęp do psychoterapii opartej na dowodach jest większy niż kiedykolwiek, a wiedza o mechanizmach ludzkiego umysłu rośnie z roku na rok. Można by się spodziewać, że jedno wypiera drugie. Nic z tych rzeczy.
Warto więc rozdzielić dwa pytania, które się tu splatają: skąd bierze się to stare sąsiedztwo psychoterapii i ezoteryki zachodniej, czyli tradycji obejmującej między innymi astrologię, alchemię, hermetyzm i kabałę, oraz czy którakolwiek z tych praktyk wytrzymuje konfrontację z badaniami.
Wspólne korzenie, o których się nie mówi
Zanim psychoterapia stała się dyscypliną kliniczną z próbami randomizowanymi i metaanalizami, jej twórcy sami stąpali po pograniczu. Freud, mimo publicznej ostrożności, poświęcił zjawisku telepatii kilka osobnych tekstów i przez dekady prowadził na ten temat ożywioną korespondencję z Jungiem i Ferenczim, choć sam przyznawał, że przez 27 lat pracy analitycznej nie zaobserwował ani jednego prawdziwie telepatycznego snu u żadnego ze swoich pacjentów. Podobną fascynację, po drugiej stronie Atlantyku, przejawiał William James, jeden z ojców założycieli psychologii akademickiej: współzakładał Amerykańskie Towarzystwo Badań Psychicznych, przez pewien czas pełnił w nim funkcję prezesa, a przez ponad dwadzieścia lat, od 1885 roku niemal do 1911, badał medium Leonorę Piper, nazywając ją w końcu swoim „białym krukiem”, czyli pojedynczym przypadkiem, który wystarczał, by podważyć założenie, że wszyscy jasnowidze to oszuści. Jeszcze dalej poszedł Jung, który w 1952 roku, w eseju o synchroniczności, zebrał horoskopy 483 małżeństw i sprawdził statystycznie, czy potwierdzają się tradycyjne astrologiczne wskazania na temat związków. Wynik był rozczarowujący: żadna zależność nie przetrwała powiększenia próby, choć sam Jung przyznawał, że w trakcie analizy odczuwał coś w rodzaju emocjonalnego napięcia, gdy dane najpierw układały się w sensowny wzór, a potem się rozmywały.
Nie był to odosobniony kaprys trzech ekscentrycznych myślicieli, lecz cecha całej epoki. Na przełomie XIX i XX wieku spirytyzm, hipnoza i dopiero raczkująca nauka o nieświadomości rozwijały się równolegle, często w tych samych salonach i na łamach tych samych czasopism, zanim psychologia akademicka zdecydowanie odcięła się od okultyzmu, by zdobyć status nauki eksperymentalnej. To nie przypadek, że to właśnie Jung stał się głównym kanałem, którym idee ezoteryczne wróciły do świeckiej kultury Zachodu w postaci spsychologizowanej. Historyk religii Wouter Hanegraaff (1996), w klasycznej dziś pracy o zachodniej ezoteryce, pokazuje, że pojęcia takie jak archetyp, cień czy nieświadomość zbiorowa przełożyły dawny język alchemii i gnostycyzmu na słownik, który dziś brzmi swojsko i niemal naukowo, choć w istocie pozostaje interpretacyjny, a nie eksperymentalny. Dzięki temu przekładowi ezoteryka mogła przetrwać modernizację w formie, która nie wymaga już wiary w duchy czy magiczne moce, tylko w symbole psychiki. Kilka dekad później to samo pogranicze doczekało się nawet własnej, oficjalnej etykiety: psychologia transpersonalna, nurt założony między innymi przez Abrahama Maslowa, próbuje osadzić doświadczenia duchowe i mistyczne w języku psychologii akademickiej, choć do dziś pozostaje w niej nurtem brzegowym, słabo osadzonym w badaniach eksperymentalnych. Nazwa, jakiej używa dziś Pew Research Center na określenie wiary w astrologię, jasnowidzenie czy duchową energię tkwiącą w przedmiotach – New Age – to w gruncie rzeczy ta sama spsychologizowana, oderwana od kościelnych struktur wersja ezoteryki, którą opisuje Hanegraaff. To wygodne przejście tłumaczy, dlaczego język Junga do dziś przenika poradniki rozwoju osobistego i aplikacje z horoskopami, ale nie należy go mylić z potwierdzeniem naukowym którejkolwiek z tych praktyk.
Gwiazdy pod lupą statystyki
Sprawdźmy najpierw to, co w ogóle da się zweryfikować wprost. Astrologia twierdzi, że układ planet w chwili narodzin wpływa na cechy charakteru i bieg życia. To twierdzenie testowano wielokrotnie w warunkach kontrolowanych i wypada ono blado. W klasycznym eksperymencie Carlson (1985), opublikowanym w Nature, zawodowi astrolodzy otrzymywali prawdziwe horoskopy razem z trzema profilami osobowości, z których tylko jeden należał do osoby, dla której sporządzono dany horoskop. Mieli wskazać właściwe dopasowanie, mimo że sami wcześniej uznali warunki testu za sprawiedliwe wobec swojej sztuki. Nie poradzili sobie lepiej niż przypadek. Trzeba dodać, że część środowiska astrologicznego do dziś kwestionuje szczegóły tego konkretnego badania, dlatego bardziej przekonujący jest nie pojedynczy eksperyment, lecz zbiorczy obraz. Dean i Kelly (2003), w przeglądzie ponad czterdziestu kontrolowanych badań, doszli do wniosku, że astrolodzy nie radzą sobie istotnie lepiej niż przypadek nawet przy najprostszych zadaniach, takich jak przewidywanie poziomu ekstrawersji na podstawie samej daty urodzenia. Ci sami autorzy przywołują też badanie zakrojone na jeszcze inną skalę: porównano cechy osobowości osób urodzonych w tym samym miejscu w odstępie krótszym niż pięć minut, a więc dysponujących niemal identycznym horoskopem. Zgodnie z logiką astrologii powinny być do siebie wyjątkowo podobne. Nie były.
Skoro dowody są tak słabe, skąd bierze się poczucie, że horoskop trafia w sedno? Odpowiedź podał już w 1949 roku Forer, wręczając 39 studentom identyczny, złożony z ogólników opis osobowości, rzekomo przygotowany indywidualnie dla każdego z nich na podstawie wypełnionego wcześniej testu. Studenci ocenili trafność opisu średnio na 4,26 w pięciostopniowej skali. Mechanizm ten, znany dziś jako efekt Barnuma, tłumaczy sporą część popularności horoskopów: zdania wystarczająco ogólne, by pasowały do niemal każdego, są odczytywane jako zaskakująco osobiste. Polskie dane pokazują przy tym coś jeszcze: ani światopogląd, ani wykształcenie, ani dochody nie różnicują istotnie zainteresowania wróżbami, religijność zaś wcale przed nim nie chroni, bo osoby uczestniczące w praktykach religijnych kilka razy w tygodniu nieco częściej niż pozostałe przyznają, że korzystały z usług wróżki. Kobiety trzykrotnie częściej niż mężczyźni przyznają się do takich wizyt, a po poradę sięgają najchętniej osoby rozwiedzione lub żyjące w separacji, znacznie częściej niż osoby w stabilnych związkach. Samo zainteresowanie horoskopami przy tym powoli słabnie: w 2006 roku czytał je co drugi Polak, dziś zaledwie 45 procent, choć trudno tu mówić o zaniku zjawiska, skoro wciąż dotyczy blisko połowy dorosłych (Dziwulska, 2018). Liczy się najwyraźniej nie światopogląd, lecz to, przez co akurat ktoś przechodzi.
Karty, które nie przepowiadają, tylko pytają
A co z tarotem, coraz popularniejszym zwłaszcza wśród młodszych kobiet i osób LGBT, jak pokazuje ten sam sondaż Pew Research Center (2025)? Tu literatura naukowa jest znacznie skromniejsza niż w przypadku astrologii, ale to, co istnieje, idzie w innym kierunku niż testowanie trafności przepowiedni. Semetsky (2006) proponuje traktować karty tarota nie jako narzędzie wróżebne, lecz jako technikę projekcyjną, bliską testowi plam atramentowych Rorschacha: dwuznaczny obraz na karcie staje się ekranem, na który osoba rzuca własne, często nieuświadomione treści, a rozmowa o tym, co się na nim widzi, może mieć wartość terapeutyczną niezależnie od tego, czy wierzy się w moc kart. W jednym z opisanych przez autorkę przypadków karta odczytana jako „Cień” pozwoliła klientowi nazwać stronę siebie, którą wcześniej rzutował wyłącznie na innych ludzi, co samo w sobie jest znanym i dobrze opisanym mechanizmem, tyle że zwykle testowanym plamami atramentu, nie ilustrowanymi kartami. To jednak wciąż praca koncepcyjna, oparta na pojedynczym studium przypadku, a nie kontrolowane badanie efektów, i sama autorka nie twierdzi inaczej. Innymi słowy, jedyne poważniejsze naukowe podejście do tarotu, jakie udało mi się znaleźć, właśnie odziera go z magii, zamiast ją potwierdzać.
Jeśli nie gwiazdy, to co naprawdę działa
Jeśli nie gwiazdy i nie karty, to co właściwie działa, gdy ktoś czuje ulgę po sesji z wróżką albo po rytualnym zapaleniu świecy? Odpowiedzi trzeba szukać nie w metafizyce, lecz w psychologii kontroli i rytuału. Whitson i Galinsky (2008), w serii sześciu eksperymentów, wykazali, że utrata poczucia kontroli nad własnym życiem zwiększa skłonność do dostrzegania wzorców tam, gdzie ich nie ma: w szumie wizualnym, na giełdzie, w teoriach spiskowych i w przesądach. Im mniej przewidywalna wydaje się rzeczywistość, tym chętniej sięgamy po systemy, które obiecują ją uporządkować. To dobrze tłumaczy, dlaczego po poradę do wróżki czy wróża sięgają akurat osoby rozwiedzione, żyjące w separacji czy w żałobie, czyli te, którym życie akurat wymknęło się spod kontroli.
Rytuał sam w sobie, oderwany od tego, w co się wierzy, ma przy tym udokumentowaną siłę. Norton i Gino (2014), w trzech eksperymentach dotyczących żałoby po stracie bliskiej osoby, rozstaniu i przegranej na loterii, pokazali, że osoby wykonujące jakikolwiek rytuał po stracie, nawet wymyślony na poczekaniu, zgłaszały mniejsze cierpienie, a korzyść ta pojawiała się także u osób, które w skuteczność rytuałów w ogóle nie wierzyły. Mechanizmem pośredniczącym okazało się odzyskane poczucie kontroli, nie treść samego wierzenia. Obszerny przegląd Hobson i współpracowników (2018) porządkuje to w szerszy model: rytuały regulują emocje dzięki samej powtarzalności gestu, poprawiają wykonanie trudnych zadań, gdy poprzedzają je niczym rozgrzewka przed występem, i wzmacniają więź z innymi, gdy są dzielone wspólnie, jak przy wspólnej modlitwie czy noworocznych postanowieniach wznoszonych o północy. Żadna z tych korzyści nie wymaga, by gwiazdy czy karty naprawdę coś wiedziały.
Kiedy duchowość zaczyna szkodzić
Uczciwość wymaga jednak zaznaczenia, że korzyść płynąca z rytuału to nie to samo, co dowód na słuszność stojącej za nim opowieści, a fakt, że coś koi, nie oznacza, że nie może też szkodzić. Dość powszechny bywa wzorzec, który psycholog i nauczyciel buddyjski John Welwood (1984), na łamach Journal of Transpersonal Psychology, nazwał obejściem duchowym: sięganie po duchowe lub ezoteryczne ramy myślowe po to, by uniknąć kontaktu z trudnymi emocjami, zamiast je przepracować. Ktoś, kto po rozstaniu tłumaczy sobie, że „tak miało być, bo tak wynikało z karty”, albo kto każdą trudność w związku odczytuje przez pryzmat niekorzystnego układu planet, niekoniecznie łagodzi w ten sposób ból, czasem po prostu odracza go w czasie. Cashwell i współpracownicy (2007) opisują to jako próbę osiągnięcia duchowego spokoju bez uprzedniego przejścia przez poznawczą, emocjonalną i cielesną stronę żalu, złości czy wstydu, co w dłuższej perspektywie działa raczej hamująco niż leczniczo. Nie znaczy to, że każde zainteresowanie astrologią czy tarotem jest ucieczką od czegoś trudniejszego. Znaczy tylko, że warto od czasu do czasu zapytać samego siebie, do czego dana praktyka służy: czy pomaga usiąść z trudnym uczuciem, czy raczej pozwala je ominąć.
Z klinicznego punktu widzenia praktyczny wniosek jest dość prosty, choć bywa trudny do wcielenia. Zamiast pytać wprost, czy ktoś „wierzy” w astrologię czy tarota, więcej mówi pytanie, kiedy i po co po nie sięga. Wizyta u wróżki tuż po rozwodzie albo codzienne sprawdzanie horoskopu w tygodniu pełnym zawodowej niepewności to sygnał potrzeby, nie dowód naiwności. Praca z tą potrzebą, a nie z samą przepowiednią, jest tym, co faktycznie można zaoferować w procesie terapeutycznym.
To, co zostaje, gdy odjąć magię
Wracam do pytania z tytułu. Podczas konsultacji słyszę czasem, jak ktoś mówi, niemal przepraszająco, że w trudnym tygodniu sprawdził horoskop albo rozłożył sobie karty, jakby to było wyznanie nielicujące z powagą terapii. Nie sądzę, żeby trzeba było się z tego tłumaczyć. Same gwiazdy niczego nie przepowiadają, karty niczego nie wiedzą, a badania, które to sprawdzały, są w tej kwestii zaskakująco zgodne. Ale potrzeba, która za tym stoi, poczucie kontroli, chwila struktury pośród chaosu, przestrzeń, by nazwać to, czego nie umiemy inaczej ubrać w słowa, jest jak najbardziej realna. W końcu nawet twórcy psychoterapii, sceptyczni i metodyczni z zawodu, nie potrafili się od tego pogranicza całkiem odciąć, a to samo w sobie sporo mówi o sile potrzeby, o którą tu chodzi. Ezoteryka zachodnia nie leczy. Czasem jednak, na chwilę, robi to, co dobry rytuał zawsze robił: daje poczucie, że da się to jakoś unieść.
Bibliografia
Carlson, S. (1985). A double-blind test of astrology. Nature, 318, 419–425.
Cashwell, C. S., Bentley, P. B., & Yarborough, J. P. (2007). The only way out is through: The peril of spiritual bypass. Counseling and Values, 51(2), 139–148.
Dean, G., & Kelly, I. W. (2003). Is astrology relevant to consciousness and psi? Journal of Consciousness Studies, 10(6–7), 175–198.
Dziwulska, D. (2018). Co przyniesie przyszłość: o horoskopach, wróżkach i talizmanach (Komunikat z badań nr 103/2018). Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS).
Forer, B. R. (1949). The fallacy of personal validation: A classroom demonstration of gullibility. Journal of Abnormal and Social Psychology, 44(1), 118–123.
Hanegraaff, W. J. (1996). New Age religion and Western culture: Esotericism in the mirror of secular thought. E.J. Brill.
Hobson, N. M., Schroeder, J., Risen, J. L., Xygalatas, D., & Inzlicht, M. (2018). The psychology of rituals: An integrative review and process-based framework. Personality and Social Psychology Review, 22(3), 260–284.
Norton, M. I., & Gino, F. (2014). Rituals alleviate grieving for loved ones, lovers, and lotteries. Journal of Experimental Psychology: General, 143(1), 266–272.
Pew Research Center. (2025). 30% of Americans consult astrology, tarot cards or fortune tellers. Pew Research Center.
Semetsky, I. (2006). Tarot as a projective technique. Spirituality and Health International, 7(4), 187–197.
Welwood, J. (1984). Principles of inner work: Psychological and spiritual. The Journal of Transpersonal Psychology, 16(1), 63–73.
Whitson, J. A., & Galinsky, A. D. (2008). Lacking control increases illusory pattern perception. Science, 322(5898), 115–117.

psycholog i psychoterapeuta

